MOJA HISTORIA W PELETONIE

Debiut w lesie.

Sobota, 4 lipca 2015r. jest po godzinie siódmej rano, a termometr wariuje, robi się coraz cieplej. Jak ja to wytrzymam, czy dam radę? Różne myśli chodzą po głowie, którą idę umyć do łazienki. W między czasie obudziła się rodzina. Siostra szykuje się, bo idzie do sezonowej pracy, mama podstawia mi pod nos płatki na śniadanie, a tata umieszcza rower w bagażniku, po złożeniu tylnych siedzeń idealnie się mieści. Ruszamy w stronę Krokowej. Dojeżdżamy do miasteczka wyścigowego, co chwile mijając rozgrzewających się kolarzy. Po wyszukaniu miejsca parkingowego okazuje się, że czasu coraz mniej. W ekspresowym tempie zmieniam koszulkę i zakładam kask, bo resztę miałem już na sobie. Rower wypakowany, tata życzy powodzenia, a ja podjeżdżam na start do swojego sektora nr. 12, czyli ostatniego na moim dystansie dla debiutantów, ale nie tylko. Udało mi się dobić blisko pierwszych rzędów z lewej strony. Wokół zawodnicy opowiadają historie z innych wyścigów. Staliśmy w cieniu drzew, a ja spoglądam na temperaturę w liczniku i co? 31 stopni. Uf jak gorąco. To czekanie było najgorsze. W pewnej chwili z tyłu wołają żebyśmy się posunęli do przodu, bo Ci z tyłu się nie mieszczą. Słychać bicie dzwonka, pojawiają się uśmiechy na twarzach kolarzy, bo to kibice tak pięknie dopingują, rozlegają się brawa kibiców, a spiker po raz pierwszy odlicza 5, 4, 3, 2, 1 i start. Wystartowali pierwsi na najdłuższym dystansie rywalizujący w Pucharze Polski. Później to już co minutę sektorami byliśmy wypuszczani, kolejno Grand Fondo, Medio i my. Jednak na początku pomachanie do Szymona Gruchalskiego, który z uśmiechem na twarzy z wielkiego wyciągnika robi pamiątkowe zdjęcie, następnie odliczanie i ruszamy.
Sam start był dla mnie czymś wyjątkowym, bo mogłem poczuć się jak zawodowiec. Po obu stronach barierki za którymi stali dopingujący kibice, przejeżdżanie pod wielką dmuchaną bramą niczym kolarze w największych wyścigach kolarskich świata. Pierwsze kilkaset metrów to jazda asfaltową drogą i już na początku pod górkę, staram się minąć jak największą liczbę zawodników, taki był mój cel. Widziałem, że nie powalczę o zwycięstwo, czy czołowe miejsca, bo na trasie byli bardziej doświadczeni, którzy startowali w pierwszych sektorach. Po wyprzedzeniu sporej grupy czas na leśne drogi, które stanowiły zdecydowaną większość trasy. Tam złapała mnie krótko trwała kolka, która była wynikiem braku rozgrzewki. Wiem, że to karygodne, ale nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Zaraz po wyjeździe zaczął się prawdziwy MTB. Spore dawki kurzu z pod kół rowerów trafiły w moją twarz, a później podczas popijania wody, czułem piasek w zębach. Zaczęło się prawdziwe ściganie. Raz wyprzedzali mnie, raz ja innych to normalne. Jednak tutaj muszę zaznaczyć, że czułem się jak w grupie przyjaciół. Nie było żadnych przepychanek, no pewnie ostro było w czołówce, ale na dalszych miejscach była prosta zasada. Jadący zawodnik chcąc wyprzedzić wołał ``lewa`` lub ``prawa`` co oznaczało stronę wyprzedzania, ten wolniejszy ustępował miejsca, było podziękowanie i dalsze ściganie. A dalej to już góra, dół, góra, dół po pisaku często takim plażowym, co powodowało niebezpieczeństwo. Wielokrotnie mnie rzucało na prawo i lewo jednak z każdego poślizgu wychodziłem bez szwanku, raz prawie wyrzuciło mnie z trasy, a najśmieszniejsze jest to, że wywróciłem się na niewielkim wzniesieniu i do teraz nie wiem przez co, czy wjechałem na jakiś kamień, czy gałąź. Nic nie bolało, bo prędkość była prawie zerowa, a i lądowałem na trawie. Zawodnicy za mną byli dość w bezpiecznej odległości, więc nie stanowiłem żadnego zagrożenia. Wstałem i pojechałem dalej po drodze mijając dziesiątki pogubionych bidonów i niestety zawodników z defektami. Złapać kapcia podczas wyścigu to nic fajnego. Jednak pomimo, że to wyścig kolarski to biegowo też się sprawdziłem, bo nie raz było trzeba zsiadać z roweru, bo wzniesienie okazało się za trudne do pokonania. Czasem nawet by się chciało podjechać, ale przede mną grupa zawodników którą nie da się wyprzedzić, która walczy sama z sobą lub Ci którzy już rower prowadzą. Na niebezpiecznych zjazdach, gdzie pomimo ciągłego hamowania rower dalej jedzie tworzyły się korki. I też był moment gdzie było trzeba zejść z siodełka, ale to nie wstyd to norma w tego typu zawodach. Po drodze był bufet z którego nie skorzystałem, bo nie miałem takiej potrzeby. Kryzys miałem za sobą, więc jechałem dalej. Z momentów które najbardziej utkwiły mi w pamięci zapamiętałem przejazd na wzniesieniu z widokiem na jezioro Żarnowieckie, zapamiętałem też moment kiedy przy tych ponad trzydziestu stopniach Celsjusza nawet pośród leśnych drzew zacząłem mówić sobie gdzie ta meta. I faktycznie była już blisko. Jeszcze ostatnia prosta piaszczysta droga i ta sama asfaltowa droga pod którą na początku podjeżdżaliśmy. Zawrotna prędkość już do samej mety. Wyprzedziłem kilku zawodników i wjeżdżam na teren przy zamku, znów poczułem się jak zawodowiec, ludzie biją brawo, ostatni zakręt i linia mety. Ulga. Udało się. Pierwszy wyścig mam już za sobą. Chcę jeszcze. Tak. Pomimo upału, podobało mi się. Tata gratuluje, przynosi wodę, banana, pomarańcza, a potem posiłek. W tym czasie ja odpoczywam na leżaku, ale że był w słońcu to zamieniłem go na miejsce pod reklamowym balonem, był cień. Tam się zregenerowałem i zobaczyłem, że upadek na trasie spowodował dwa małe zadrapania na nodze.
I tak oto wstąpiłem do grona kolarskiej rodziny już oficjalnie.

Debiut na szosie. 

Ostatni dzień lipca 2016 roku.
Krokowa na Kaszubach.
Dystans 41 km.
Dwa okrążenia po dwadzieścia i pół kilometra.
Dwukrotnie podjazd pod blisko dwukilometrowe wzniesienie najwyższe w okolicy.
Ok. sześciuset zawodników na trasie.
W peletonie kolarscy mistrzowie z przed lat na czele z organizatorem Czesławem Langiem.
Transmisja live w Polsat News.
Pogoda idealna do jazdy na rowerze. Nie za ciepło, nie za zimno, bez deszczu z lekkim wiaterkiem.
Jazda solowa przeplatana z jazdą w grupie.
Drugie okrążenie jechało mi się znacznej lepiej, choć minimalnie dłużej od pierwszego.

Pierwszy z lewej to ja, a filmik pokazuje moment kiedy kończyliśmy pierwsze okrążenie.  

video

Kibice na trasie, a zwłaszcza na podjeździe - ocena celująca.
Organizacja i zabezpieczenie wyścigu - ocena celująca.
Pogoda - ocena celująca.
Moja jazda - ocena dobry, ups przesadziłem, ale motywacja musi być.
Miejsce odległe od lidera, ale też odległe od miejsca ostatniego.  
Dziękuję za doping kibicom przy trasie - mamie, tacie, siostrze i jej chłopakowi.
Dziękuje za doping kibicom na podjeździe. Podjechałem go bardzo dobrze zostawiając wielu zawodników w tyle. Jednak dogonili mnie na prostym odcinku drogi, ale przynajmniej wiem co muszę poprawić.